Moc modlitwy

  • Czy modlitwa może być rozwiązaniem problemów dzisiejszego
    świata?
  • Czy modlitwa może być receptą na sukces?
  • Jak powinna wyglądać modlitwa?
  • W czym pomoże Ci modlitwa?

„Wiedzcie, że Pan okazuje mi swą łaskę. Wiedzcie, że wysłu-
chuje mnie Pan, kiedy Go o to proszę, ilekroć Go wzywam”
(Ps. 4,4).

Bardzo utożsamiam się z tymi słowami, bo faktycznie tak jest.
Za każdym razem, gdy Go wzywam, Pan mnie wysłuchuje. To jest
optymistyczne i w tym rozdziale chcę się tym z Tobą podzielić.

Czy modlitwa jest czymś prostym? Zastanawiałem się nad tym,
ponieważ napisane jest w księdze Daniela (6,17), że Daniel klękał
trzy razy dziennie, wysławiał Boga i dziękował Mu. Cóż on takiego
mógł Bogu mówić aż trzy razy dziennie? Czasem nam słów brakuje
podczas modlitwy rano i wieczorem, a Daniel aż trzykrotnie w ciągu
dnia klękał i wysławiał Boga. Myślę, że zanosił do Niego wszystkie
swoje radości, smutki i żale. My też powinniśmy tak czynić – wysła-
wiać Boga, dziękować Mu i również zanosić przed Jego tron nasze
prośby.

Znajomy duchowny powiedział kiedyś: „szatan będzie próbował
uczynić wszystko, wszystko co w jego mocy, aby odciągnąć Cię od
Jezusa. Będzie próbował dać ci wiele lub wszystko ci odebrać, np.
zesłać na ciebię chorobę, zesłać problemy finansowe czy inne, by tyl-
ko odwieść cię od modlitwy i sprawić, abyś przestał się modlić. Będzie
próbował zająć cię pracą, zesłać na ciebie zmartwienia, absorbować
twoją uwagę rozrywką, zajmować cię sprawami rodzinnymi, itd.
Będzie robił wszystko, by powstrzymać cię od modlitwy, ponieważ
on wie, że kiedy się modlisz, on traci moc. Pamiętaj, że diabeł czu-
je się bezpiecznie, kiedy chodzisz do Kościoła, kiedy nazywasz się
Chrześcijaninem, ale kiedy zaczynasz się modlić, on traci grunt pod
nogami. Będzie tak wielu zgubionych chrześcijan, tak wielu którzy
całe swoje życie spędzili w kościele, a jednak nie wejdą do Nieba. Tak
więc szatan będzie robił wiele rzeczy, by tylko powstrzymać cię od
modlitwy”.

Czy warto się modlić? Wierzę, że tak. Bóg wysłuchuje nasze proś-
by i sam tego doświadczam. Kolejny raz podam przykład dziecka.
Gdy wracam z pracy, to mój mały synek przychodzi i mówi: „Tato,
proszę cię o to, proszę cię o tamto”. Nie zawsze mam ochotę spełniać
te jego prośby. Czasem są tak błahe, że nawet udaję, że ich nie słyszę,
idę do kuchni i robię swoje. A gdy Ty zanosisz prośby do Boga, to
nie masz czasem wrażenia, że On często tak z nami postępuje jak
my, ze swoimi dziećmi? Tak bywa i nie powinniśmy się temu dziwić.
Przecież Bóg jest naszym Ojcem, a my naprawdę jesteśmy jego dzieć-
mi. Bardzo często nasze zachowanie, również w modlitwie, wygląda
tak, jakbyśmy byli małymi dziećmi i prosili Go o rzeczy, które nie-
koniecznie są nam potrzebne. Pismo Święte w bardzo dobry sposób
podsumowuje ten temat: „Wiemy, że Bóg nie wysłuchuje grzesz-
ników, ale wysłuchuje każdego, kto jest czcicielem Boga i pełni
Jego wolę”
(Jan 9:31). W listach Apostoła Jana jest także napisane,
że Bóg wysłuchuje wszystkich próśb, które są zgodne z Jego wolą:
„Taka zaś jest ufność, jaką mamy do niego, iż jeżeli prosimy o coś
według jego woli, wysłuchuje nas”
(1 Jana 5,14). Nie możemy więc
przychodzić do Boga i zanosić Mu mnóstwa próśb, licząc na to, że
wszystkie będą wysłuchane. To znaczy – Bóg ich wysłucha, ale nie
zawsze spełni. Zrobi to tylko wtedy, kiedy stwierdzi, że to o co pro-
simy jest nam potrzebne. My jednak tak czy siak powinniśmy prosić
Go o wszystko, czego oczekujemy. Jeżeli uzna, że jest to dobre z Jego
punktu widzenia, to nam to da. Ja w swoim życiu doświadczyłem
wielu wysłuchanych próśb. W tym rozdziale takimi przykładami ze
swojego życia chcę się z Tobą podzielić.

W roku 2002 przeżyłem taką oto historię: przyszedł czas, że ani
ja, ani moja żona przebywająca w tym czasie na zasiłku macierzyń-
skim nie mieliśmy w ogóle pieniędzy. Nic a nic! Poprzednia moja
firma zbankrutowała (pisałem o tym wcześniej). Nowa, którą prowa-
dziłem, jeszcze nie przynosiła dużych dochodów. Były już wykonane
pewne usługi, ale klienci niestety nie płacili terminowo. Pamiętam,
jak siedziałem w biurze, w wieżowcu na ósmym piętrze i wyglądałem
przez okno. Był pochmurny piątek. Wiedziałem, że zbliża się sza-
bat czyli siódmy dzień tygodnia, który Bóg nakazał święcić od piąt-
kowego zachodu słońca do sobotniego wieczora. Powstał problem,
ponieważ w domu nie miałem nic do jedzenia. Mówię: „Boże, jak
to jest?” Już wtedy stosowałem się do biblijnych zasad życia, więc
tym bardziej uważałem, że Bóg powinien się mną zająć i powinien
się mną opiekować. Nie oczekiwałem, żeby On jak za pstryknięciem
palca sprawił, że na moim koncie znajdą się pieniądze – tego się nie
spodziewałem. Chciałem tylko, żeby klienci, którzy byli moimi dłuż-
nikami, zapłacili za wykonane usługi. Terminy płatności minęły,
a pieniędzy na koncie nie było. Więc wyglądałem przez okno i mo-
dliłem się: „Boże, przecież dla Ciebie nie jest problemem, jeżeli ja
jako Twoje dziecko zwracam się do Ciebie. Uważam, że powinie-
neś mnie wysłuchać”. Ale odpowiedzi nie było. Zbliżała się godzina
15.00. W biurowcu na dole był punkt małej gastronomii, gdzie za
niewielką cenę można było kupić naprawdę duże danie. Zjechałem
windą na parter i pytam ekspedientkę, czy mogę kupić dwie porcje
(pomyślałem też o żonie), ale zapłacę w poniedziałek, ponieważ dzi-
siaj nie mam pieniędzy. Byłem stałym klientem, więc sprzedawczyni
się zgodziła. Dodatkowo zamówiłem obiad także na poniedziałek.

Minął weekend. Wróciłem do pracy i nic się nie zmieniło – cały
czas pracowaliśmy, a pieniędzy niestety z tego nie było. Siedziałem
sam w pokoju, wyglądałem przez okno, pogoda nadal była brzyd-
ka. Zbliżała się godzina 15.00. Wiedziałem, że muszę zejść uregu-
lować należności za piątkowe jedzenie, odebrać to, co zamówiłem,
żeby w oczach ekspedientki wyglądać na poważnego człowieka.
Myślę, że chodziło nawet o coś więcej. Co by było, gdyby ta kobieta
rozpowiedziała, że jestem nieuczciwy? Miałem problem. Zacząłem
rozmawiać z Bogiem: „Panie! Co ja mam zrobić? Przecież ty wiesz,
że w weekend nawet płyn do mycia naczyń nam się skończył! A już
nie wspomnę o tym, że Emilia powiedziała, żebym po powrocie
z pracy zrobił zakupy, a ja nie mam za co! Jak ja będę wyglądał
w jej oczach? Głowa rodziny, która nie umie zadbać o podstawo-
we rzeczy!” Kubuś, mój pierwszy syn, był wtedy malutki. Pamper-
sy się skończyły, zostały tylko pieluszki tetrowe. Samochód, który
kiedyś mieliśmy trzeba było sprzedać, żeby spłacać długi powstałe
gdy firma zbankrutowała po oszustwie dokonanym przez mojego
wspólnika. Mimo wszystko uważam, że to były piękne czasy, bo Bóg
uczył mnie pokory. Zresztą, zaraz po przeżyciu nawrócenia, zawsze
są piękne czasy – człowiek czuje niesamowity kontakt z Bogiem,
chciałby świat nawracać, głosić Ewangelię! To uczucie naładowania
energią, kiedy chce się iść i zmieniać świat, budynki przestawiać,
góry przenosić – taką ma się moc i wiarę! Od momentu, gdy zaczą-
łem studiować Pismo Święte minęło piętnaście lat, a ja dalej czę-
sto klękam i mówię: „Panie, naładuj mnie ponownie tą energią do
działania! Jak bardzo chciałbym mieć tę siłę, tak jak wtedy, gdy dla
mnie nie było problemem chodzenie do sąsiadów i opowiadanie im
w kółko o Tobie, Jezu”. Zawsze powinniśmy stać przy Jezusie i głosić
Ewangelię! Bo tak jest napisane: „Głoś Słowo, bądź w pogotowiu
w każdy czas, dogodny czy niedogodny, karć, grom, napominaj
z wszelką cierpliwością i pouczaniem”
(2 Tym. 4,2). Dlatego uwa-
żam, że to były piękne czasy…

Teraz jednak nadeszła godzina 15.00. Nie wiedziałem, co zrobić.
Miałem dwa wyjścia. Pierwsze – pójść do bankomatu i wypłacić pie-
niądze, które mi się nie należały, bowiem ówczesne bankomaty nie
miały natychmiastowej łączności z bankiem i nie sprawdzały stanu
konta, a bank wypłaty księgował dwa do trzech dni później. Wtedy
okazywało się, że jest debet, czego skutkiem był telefon z banku, pod-
czas którego miła Pani informowała: „Jest niedozwolony debet, pro-
szę spłacić zadłużenie. To jest niezgodne z umową. Przekroczył Pan
dopuszczalne saldo wypłat określone w umowie”. Naruszając warunki
zapisane w umowie, poniekąd stałbym się oszustem. Zrobiłbym coś,
co nie było dozwolone. Dlatego nie chciałem tego zrobić. Druga moż-
liwość polegała na wybraniu się do pewnej znajomej na bazar. Pomy-
ślałem, że gdybym jej powiedział, jaki mam problem, to może poży-
czyłaby mi pięćdziesiąt złotych, akurat tyle, by wystarczyło na kilka
dni, bo może za ten czas należne mi pieniądze wpłyną. Miałem takie
dylematy. W mojej duszy toczyła się walka między dobrem a złem. Co
wybrać? W końcu poszedłem na ten bazar. Podchodząc do straganu
znajomej zauważyłem wielu klientów, więc czułem się zbyt mocno
skrępowany by zapytać się, czy może mi pożyczyć trochę pieniędzy.
Zdecydowałem więc, że udam się w stronę najbliższego bankomatu
i zobaczę, co się stanie. Jak pomyślałem, tak zrobiłem. Pamiętam te
chwile jak dzisiaj, idąc alejkami przez bazar w stronę bankomatu,
zamknąłem na chwilę oczy i zacząłem się modlić: „Panie, Ojcze mój,
pomóż mi, bo nie wiem co robić!” Uniosłem powieki i zobaczyłem,
że na drodze tuż przede mną … leży pięćdziesiąt euro! To jest bar-
dzo prosty przykład, aż nieprawdopodobny. Niektórzy mówili: zbieg
okoliczności. Ja wierzę, że to nie był zbieg okoliczności. Wiem, że
Bóg rzadko odpowiada na prośby o pieniądze w ten sposób. Okazuje
się jednak, że takie rozwiązania mogą się wydarzyć, bo dla Boga nie
ma rzeczy niemożliwych. Wiedziałem tylko, że mogę wybrać między
dobrem a złem, ale nie wiedziałem, co zrobić. Z całego serca mo-
dliłem się do Boga o pomoc, zwróciłem się z prośbą o interwencję,
a On mnie wysłuchał. Na ścieżce leżał banknot. Czysty, pomimo
dżdżystej pogody! Przecież przede mną przeszło tyle osób i za mną
szło ich wiele. A ja w tym tłumie schylam się i podnoszę pięćdziesiąt
euro. Poszedłem prosto do kantoru i wymieniłem walutę na dwie-
ście cztery złote. Zapłaciłem wszystkie należności, nakupiłem środ-
ków czystości, pampersów, jedzenia – byłem szczęśliwy! Po powrocie
do domu opowiedziałem to wszystko żonie i ona przyznała, że to
był cud. Więcej już mi się nie zdarzyło prosić Boga o pieniądze. Nie
otrzymałem ich także ponownie w tak bezpośredni sposób – może
nie było takiej potrzeby. To zdarzenie jest przykładem, że możemy
do Boga zwracać się ze wszystkim, ale pozwólmy Mu zadecydować,
czy, kiedy i jak ma On nas wysłuchać.
* * *
Kilka lat temu modliłem się o zdrowie dziecka. Mój syn Kubuś
miał mieć wycinane migdałki. Przy okazji rozmowy ze znajomą Da-
nusią na ten temat, ona zapytała: „Jeśli Twój syn jest chory, to czemu
się nie modlimy za niego?” Pomyślałem: „No tak, w sumie mogliby-
śmy się pomodlić”. Ale coś wewnętrznie mi mówiło: „Nie, no prze-
cież to taka błaha sprawa. Migdałki? Przecież migdałki wycina się
teraz wielu dzieciom”. Ale Danusia powiedziała: „Zauważ: przecież
Bóg nie po to dał mu migdałki, żeby je teraz wycinać. Jeżeli Bóg bę-
dzie chciał, to go uleczy”.

Po przyjeździe do domu przekazałem tę informację żonie. Jed-
nak ona odrzekła: „Nie ma mowy, nie będziemy zwlekać. Za tydzień
Kuba ma umówione miejsce w szpitalu, czekał bardzo długo i nie
można tej szansy zaprzepaścić”. Zadzwoniłem do Danusi, a ona od-
parła: „Nie martw się, jeśli Bóg będzie chciał – stanie się według Jego
woli”. Modliliśmy się. Namawiałem jeszcze Emilię na dodatkowe ba-
dania przed zabiegiem, jednak stwierdziła, że już nie ma czasu, bo
wizyta w szpitalu jest tuż tuż.

W piątek potwierdzono termin zabiegu. W poniedziałek byliśmy
w szpitalu, aby dokonać wycięcia migdałków. Niestety okazało się, że
nie ma wolnych miejsc. Zabieg został przełożony, mieliśmy pojawić się
za trzy miesiące. Nikt nie mógł wytłumaczyć jak to się stało, ostatecz-
nie pewnym było, że nie ma wolnych miejsc. To jednak nie koniec hi-
storii. Przez następne pół roku zabieg był jeszcze dwa razy przekłada-
ny z różnych powodów. Za drugim razem przyczyną był strajk lekarzy,
a za trzecim, po trzech dniach spędzonych w szpitalu, Kuba nabawił się
infekcji i lekarze stwierdzili, że nie będą go w takim stanie operować.
W międzyczasie oczywiście próbowaliśmy robić badania, jednak
nie wychodziły one pozytywnie. Ostatecznie postanowiłem, że nie
przyjeżdżam już więcej do tego szpitala. Przez kolejne cztery lata
po tych wydarzeniach Kuba nie chorował ani razu, podczas gdy
wcześniej infekcje bardzo często się zdarzały. Modlitwy zostały wy-
słuchane. Dzięki takim doświadczeniom wiem, że Jezus jest, że ist-
nieje i że jest naszym Panem. Bo że diabeł jest, to wszyscy wiedzą.
Ale ja przynajmniej mogę stanąć i powiedzieć: „Od kiedy jestem
z Bogiem, odkąd idę z Jezusem, moje życie wygląda całkiem inaczej,
a Bóg mnie chroni i błogosławi. Nawet jeśli spotyka mnie przykre
doświadczenie, to gdy już jest po wszystkim, wychodzi na to, że jest
lepiej niż było wcześniej”.
* * *
Gdy mieszkałem w Stalowej Woli grywaliśmy często w piłkę noż-
ną. Wtedy też przeżyłem taką sytuację, w której Bóg wysłuchał mej
bardzo szczególnej modlitwy. Podczas jednego z meczów halowych,
kolega kopnął z całej siły piłkę prosto w światło naszej bramki. Piłka
była bardzo twarda. A ja stanąłem na jej drodze, odbijając kolanem.
Ból był niesamowity, od razu wiedziałem, że coś będzie nie tak. Wró-
ciłem do domu i przez dwa tygodnie utykałem, aż Emilia nie wytrzy-
mała i mówi:
– „Idź w końcu do lekarza! Niech cię zbada i powie, co się dzieje
z twoją nogą!”
Pojechałem do szpitala, lekarz zrobił mi zdjęcie rentgenowskie
i mówi:
– „Panie Wojciechu, jak widzimy na załączonym zdjęciu, jest pro-
blem. Rzepka jest wyszczerbiona. Wprawdzie ona już zarosła tkanką,
ale to, co stąd wyskoczyło, pływa panu w kolanie. Jedyne rozwiązanie
to znieczulić pana, otworzyć kolano, wypłukać fragmenty kostne, za-
szyć kolano i tyle – prosta sprawa”.
– „A jakie znieczulenie?” – zapytałem.
– „Wewnątrzoponowe – odpowiedział lekarz – od pasa w dół, takie
samo, jakim często znieczula się rodzące kobiety”.
Miałem znajomą, która studiowała medycynę, więc pytam się jej:
– „Słuchaj, o co chodzi z tym znieczuleniem wewnątrzoponowym?”
W odpowiedzi usłyszałem:
– „To znieczulenie polega na tym, że lekarz wbija ci dużą igłę
w kręgosłup. Nastąpi paraliż od pasa w dół, będziesz przytomny
i będziesz widział co się wokół dzieje, ale nie będziesz nic czuł.
Wszystko w porządku, nie masz się czym martwić”.
Sprawdziłem w Internecie. Okazało się, że możliwe są różne powi-
kłania w związku z takim znieczuleniem. Na przykład porażenie mó-
zgowe, a w najgorszym przypadku paraliż do końca życia. Przerazi-
łem się. Zacząłem się modlić. To był czas, gdy studiowałem teologię
w Wyższej Szkole Teologiczno – Humanistycznej w Podkowie Leśnej.
Konsultacje z lekarzem odbyłem w czwartek, a w piątek pojechałem
na zajęcia. W Pod-kowie Leśnej można kupić różnego rodzaju litera-
turę religijną, ale też książki o ziołolecznictwie i medycynie natural-
nej. Jeden ze sprzedających namówił mnie na zakup książki „Lecze-
nie węglem drzewnym”, mówiąc:
– „Słuchaj, poczytaj ją. Słyszałem, że węgiel drzewny potrafi wyleczyć
z wielu chorób, także z takich dolegliwości, jakie masz z kolanem”.

Lekarz w trakcie konsultacji powiedział, że z powodu zaplano-
wanego przez niego urlopu, mój zabieg nie może zostać przepro-
wadzony od razu. Miałem zgłosić się za dwa tygodnie. Zostało mi
czternaście dni na leczenie węglem drzewnym i modlitwę. Trzy razy
dziennie klękałem jak Daniel i mówiłem: „Panie Boże, ja nie chcę
tego zabiegu! Proszę Cię, pomóż mi! Przecież dla Ciebie to nie jest
problem, żeby mnie wyleczyć”. Przestudiowałem całą dostępną mi
literaturę w zakresie chorób kolana. Lekarz mówił, że tego nie da się
ani rozpuścić ani wyleczyć, ale ja wiedziałem, że dla Boga nie ma rze-
czy niemożliwych. W kupionej książce znalazłem sposób na kurację:
okłady z siemienia lnianego, maści nagietkowej oraz węgla drzew-
nego. W innej książce „Leki z Bożej apteki” doczytałem się jeszcze,
że dobre są Zioła Szwedzkie. Podany był tam przykład kobiety, którą
kopnęła krowa w kolano. Poszkodowana odczuwała niesamowity ból
i ten kompres stosowany nocami jej pomógł. Mówię więc: „Boże! To
prawie taki przypadek jak mój!” Uwierzyłem temu, co było napisane
w literaturze. Zacząłem stosować okłady. Efekt był taki, że po dwóch
tygodniach ból minął. Pojechałem do swojego lekarza i mówię mu:
– „Panie doktorze, robiłem wszystko, co mogłem, stosowałem okła-
dy, modliłem się i już mnie noga nie boli”.
– „To nie jest możliwe. Zrobimy USG i zobaczymy, co rzeczywiście
się wydarzyło od ostatniej diagnozy” – odpowiedział.
Po badaniach i prześwietleniu lekarz powiedział:
– „Jeżeli cię faktycznie nie boli, to nie ma sensu robić tego zabiegu.
Gdyby ból powrócił, to wiesz gdzie mnie szukać. Myślę, że się poja-
wisz, jak nie za tydzień to za dwa, a wtedy zabieg zrobimy”.
Minęło dziesięć lat. Do dzisiaj kolano nie boli. Modlitwa, w co
wierzę bardzo, jak i węgiel drzewny pomogły. Węgiel zrobił swoje,
a czego nie mógł zrobić, zrobił to Bóg. Byłem jeszcze u tego lekarza,
gdy moja żona złamała rękę, a potem gdy mój syn miał problemy
z bioderkami. Lekarz zawsze pytał:
– „To co? Robimy ten zabieg?” A ja odpowiadałem:
– „Nie, nie, Panie doktorze, nie ma takiej potrzeby.”
I jak dotąd, takiej potrzeby nie było do dzisiaj.

W psalmie (61,5-6) Dawid mówi: „Chciałbym zawsze miesz-
kać w Twoim przybytku, uciekać się pod cień Twoich skrzydeł!
Bo Ty, o Boże, wysłuchujesz mych ślubów i wypełniasz życzenia
tych, co się boją Twojego imienia”
. Jakie to piękne! Myślę, że mo-
dlitwa jest rozwiązaniem na dzisiejsze czasy, tylko bardzo często
o tym zapominamy. Może się krępujemy, może myślimy, że pewnych
rzeczy nie wypada Bogu mówić. A czy nasze dziecko wie, co wypada,
a co nie? Prosi nas o wszystko, czego chce. Mój syn tak właśnie robi.
Czasem, gdy wracam z pracy, Tymek leży sobie na łóżku i ogląda
bajki, mówiąc:
– „Tato, pojechalibyśmy do Carrefour’a kupić klocki lego”. A ja odpo-
wiadam:
– „Dziecko, głodny jestem, wróciłem dopiero z pracy, a ty mi takie
rzeczy mówisz”. Odwracam się wtedy i odchodzę. On jednak w kółko
powtarza to samo, nie dając spokoju. Pewnego dnia okazało się, że te
klocki dostał…. Bo był to Dzień Dziecka! Nam Bóg czasami też robi
takie niespodziewane Dni Dziecka.

Za moich bliskich modlę się od wielu lat, aby zechcieli zaintereso-
-wać się treścią Pisma Świętego. Kiedyś postanowiłem sobie, że będę
się za nich modlił, aby Bóg otworzył im oczy na poznanie prawdy,
żeby otworzył im serca na wpływ Ducha Świętego. Robię to, mówiąc
do Boga tak: „Boże, przecież przyciągnięcie człowieka do Ciebie, to
dla Ciebie taka drobnostka, jak pstryknięcie palcem. Ja wiem, że oni
wszyscy muszą w końcu tego chcieć. Wiem też, że czasem trzeba mo-
dlić się i dwadzieścia lat”. Nawet jeśli będę musiał te dwadzieścia lat
się modlić, to – już 10/20 mam za sobą. Odkąd realizuję moje posta-
nowienie minęło już dziesięć lat, a jeszcze pozostało dziesięć i jak Bóg
da, będę się dalej modlił. Zachęcam Cię gorąco do tego samego – módl
się za swoich braci, siostry, sąsiadów, duchownego, przyjaciół, znajo-
mych. Oni wszyscy potrzebują modlitwy! Dla nich też Jezus przygoto-
wał miejsce w Niebie. Zanośmy przed niebiański tron to, co uważamy
za słuszne, a jeżeli taka będzie Jego wola, Bóg te prośby wysłucha.

W 18. rozdziale Ewangelii Łukasza jest taka piękna przypowieść:
„Podobieństwo o wdowie i niesprawiedliwym sędzi”. „[Jezus], Po-
wiedział im też podobieństwo o tym, że powinni zawsze się mo-
dlić i nie ustawać. Był w jednym mieście pewien sędzia, który
Boga się nie bał, i ludzi nie szanował. Była też w owym mieście
pewna wdowa, która go nachodziła i mówiła: Weź mnie w obronę
przed moim przeciwnikiem. I przez długi czas nie chciał. Potem
zaś powiedział sobie: Chociaż i Boga się nie boję ani z człowie-
kiem się nie liczę, jednak ponieważ naprzykrza mi się ta wdowa,
to wezmę ją w obronę, by w końcu nie przyszła i nie uderzyła
mnie w twarz”
. Z wdowami w ówczesnym Izraelu był duży problem.
W momencie gdy mężczyzna, będący głową rodziny umierał, kobieta
zostawała sama – często z dziećmi, z dobytkiem, ze wszystkim – i nie
mogąc dać sobie rady, żyła w biedzie. Sędzia mógł rozwiązać sprawę
bohaterki przypowieści, dlatego chodziła do niego i się naprzykrzała,
ale on zwlekał z jakichś sobie tylko znanych powodów. Jezus podaje
ten przykład w kontekście modlitwy. Dalej napisane jest tak: „I rzekł
Pan: Słuchajcie, co ten niesprawiedliwy sędzia powiada! A czyżby
Bóg nie wziął w obronę swoich wybranych, którzy wołają do niego
we dnie i w nocy, chociaż zwleka w ich sprawie?”
Nie martwmy się,
że Bóg czasami zwleka w realizacji naszej prośby, róbmy swoje i mó-
dlmy się! Bracie lub Siostro, nie wiem, jakiego masz ojca tu na Ziemi
lub jakiego miałeś, ale wyobraź sobie, że jest on bogaty i wpływowy.
Myślisz, że gdybyś miał jakikolwiek problem, to by go nie rozwią-
zał? Teraz uświadom sobie, że przecież jesteś w lepszej sytuacji, tylko
może nie zauważasz tego albo nie doceniasz, bo Twoim prawdziwym
Ojcem jest kto? Bóg! Bóg Wszechmogący! A my tak często o tym
zapominamy. On wie, co jest dla nas najlepsze i kiedy. Jezus kontynu-
uje: „Powiadam wam, że szybko weźmie nas w obronę”.

Czy Bóg jest słowny? Pismo Święte samo udziela takiej odpo-
wiedzi. IV Księga Mojżeszowa (23,19): „Bóg nie jest człowiekiem,
aby nie dotrzymał słowa ani synem człowieczym, aby żałował.
Czy on powiada, a nie czyni? Mówi a nie spełnia?”
W takim razie,
w czym problem? Odpowiada nam na to pytanie Księga Izajasza
(59,1): „Oto ręka Pana nie jest tak krótka, aby nie mogła pomóc,
a jego ucho nie jest tak przytępione, aby nie słyszeć. Lecz wasze
winy są tym, co was odłączyło od waszego Boga, a wasze grzechy
zasłoniły przed wami jego oblicze, tak że nie słyszy”
.

Napisane też jest: „Zaprawdę powiadam wam, gdybyście mieli
wiarę jak ziarnko gorczycy, to powiedzielibyście tej górze: Prze-
nieś się stąd tam, a przeniesie się, i nic niemożliwego dla was
nie będzie”
(Mat. 17,20). Znam historię o człowieku, który chciał
się modlić, żeby trzy lata nie było deszczu i faktycznie tak się stało.
W Liście Jakuba (5,17) jest napisane: „Eliasz był człowiekiem po-
dobnym do nas. I modlił się usilnie, żeby nie było deszczu. I nie
było deszczu na ziemi przez trzy lata i sześć miesięcy. A potem
znowu się modlił i niebo spuściło deszcz i ziemia wydała swój
plon”
. Jeżeli Eliasz był człowiekiem podobnym do nas, to w czym
tkwi problem? Dlaczego, gdy czegoś bardzo pragniemy, czegoś do-
brego, na przykład uzdrowienia dla kogoś, Bóg nas nie wysłuchuje?
Nie możemy zajrzeć za kulisy ani wprost zapytać Pana, ale może jest
to właśnie przypadek hiobowy? Może Bóg czeka na świadectwo wia-
ry? A może jest tak, że to właśnie grzechy postawiły barierę między
nami a Bogiem i z tego powodu On cię nie słyszy.

Czy w modlitwie trzeba być natrętnym? To słowo może się źle
kojarzyć. Pismo Święte mówi o wytrwałości w modlitwie. Jezus
zostawił nam na ten temat inną przypowieść zapisaną w Ewange-
lii Łukasza (11,5): „I rzekł do nich: Któż z was, mając przyjaciela,
pójdzie do niego o północy i powie mu: Przyjacielu, pożycz mi
trzy chleby…”
. Wyobraźmy sobie, że zabrakło nam chleba, ale przyje-
chał do nas przyjaciel. Jest północ – wychodzimy na klatkę. Ciemno,
włączamy światło. Pukamy do sąsiadki, żeby nam pożyczyła coś do
jedzenia. W dzisiejszych czasach to nie jest koniecznie, bo można
podejść do sklepu całodobowego, ale za czasów Jezusa tak nie było.
Jezus kontynuuje: „…Albowiem przyjaciel mój przybył do mnie,
będąc w podróży, a nie mam mu co podać. A tamten z mieszkania
odpowie: Nie naprzykrzaj mi się, drzwi już są zamknięte, dzieci
moje są ze mną w łóżku, nie mogę wstać i dać ci. Powiadam wam,
jeśli nawet nie dlatego wstanie i da mu, że jest jego przyjacielem,
to dla natręctwa jego wstanie i da mu, tyle ile potrzebuje. A ja wam
powiadam, proście, a będzie wam dane; szukajcie, a znajdziecie;
kołaczcie, a otworzą wam. Każdy bowiem, kto prosi, otrzymuje,
a kto szuka, znajduje, a kto kołacze, temu otworzą. Gdzież jest
taki ojciec pomiędzy wami, który, gdy go syn będzie prosił o chleb,
da mu kamień? Albo, gdy go będzie prosił o rybę, da mu węża?
Albo gdy będzie prosił o jajo, da mu skorpiona? Jeśli więc wy, któ-
rzy jesteście źli, umiecie dobre dary dawać dzieciom swoim, o ileż
bardziej Ojciec niebieski da Ducha Świętego tym, którzy go pro-
szą”
. Cóż my dzisiaj powinniśmy chcieć więcej niż Ducha Świętego,
aby panował w naszym sercu i prowadził nas przez życie? To jest
niesamowity dar! Dlatego zachęcam Cię do wytrwałości, bo wszyst-
kie modlitwy mogą być spełnione, nawet te kierowane w niebiosa,
w najbardziej nieprzewidzianych okolicznościach.

Pewnego razu, gdy skończył się siódmy dzień tygodnia, pojecha-
łem do Biedronki, żeby kupić dziecku kaszkę. Podchodzę do kasy, ko-
bieta przede mną dokonuje zakupów i nagle dzwoni jej telefon. Ona
odbiera, a za chwilę zwraca się do nas, stojących za nią w kolejce:
– Przepraszam, jaki jest numer na pogotowie? Widać było, że jest cała
roztrzęsiona. Podaliśmy jej ten numer, ona odeszła na bok i zaczęła
dzwonić. Zrobiłem zakupy i usłyszałem jednym uchem, że ona prosi
karetkę. Potem, gdy odchodziłem od kasy, zauważyłem, że kobieta
wciąż tam stoi taka roztrzęsiona i wygląda jakby nie wiedziała, co
zrobić. Zapytałem jej:
– Przepraszam Panią, co się stało?
– Wie Pan, moje dwie szesnastoletnie córki urządziły przyjęcie. Za-
prosiły koleżanki, przygotowaliśmy poczęstunek. Dzieci zostały
w domu, a ja w tym czasie przyszłam do sklepu zrobić drobne zakupy.
Teraz jedna z nich dzwoni, że ta druga, młodsza, zadławiła się galaretką
i leży na podłodze nie mogąc oddychać. Zadzwoniłam po pogotowie
i nie wiem, co zrobić dalej.
– Mam samochód, jedźmy tam! Daleko to jest?
– Nie, trzy kilometry – odpowiedziała.

Pojechaliśmy, a ja po drodze myślałem intensywnie, co zrobić,
bo kiedyś uczyli mnie w szkole średniej, jak udzielać pierwszej po-
mocy, ale nie pamiętałem już z tego za wiele. Pomyślałem, że zro-
bię, co tylko będę mógł. Gdy przyjechaliśmy na miejsce, pobiegliśmy
w kierunku bloku. Pamiętam jak czas wtedy zwolnił swe tempo, a ja
szybko połączyłem się myślami z Ojcem i mówię: „Panie, przecież
ja tam pójdę i nie będę wiedział, co zrobić. Nawet jak pójdę i będę
wiedział, co zrobić, to od Ciebie zależy, co się dalej stanie. Proszę Cię,
pomóż tej dziewczynie, pomóż mi, abym ja mógł jej pomóc, żeby
wszystko się dobrze skończyło, bo ja wiem, że Ty jesteś Bogiem Wiel-
kim i mnie wysłuchujesz”. To była taka miła kobieta, chciałem jej
pomóc. Po drodze dowiedziałem się, że jej mąż pracuje jako kierow-
ca ciężarówki i ciągle go nie ma. Wbiegliśmy do mieszkania. Róż-
nie scenariusz mógłby się poukładać od tej chwili. Mogło tak być,
że ratowałbym tę dziewczynę i pomógłbym jej, ale że równie dobrze
mógłbym jej nie uratować. Wchodzimy do dużego pokoju, wszystkie
dziewczyny siedzą i płaczą. Pytam się szybko:
– Gdzie jest ta dziewczyna, która która zadławiła się galaretką? One
mówią, że już sama sobie pomogła. Nie wiedzą jak, ale przed chwilą
przełknęła tę galaretkę i teraz tu siedzi. Widzę zapłakaną nastolat-
kę. Odwróciłem się i zaniosłem podziękowanie Bogu: „Panie, nawet
w takich sytuacjach mi pomagasz. Tak się cieszę, że mogę zawsze na
Ciebie liczyć, że mogę ludziom nieść pomoc. Dziękuje Ci”. Matka
tej dziewczyny wciąż stała w przedpokoju, będąc w głębokim szoku.
Wzięła po chwili telefon i bez słowa komentarza wykręciła numer na
pogotowie:
– „Halo? Ja zamawiałam karetkę. Nie wyjechała jeszcze? To dobrze,
niech nie wyjeżdża, nie ma takiej potrzeby. Już pomogliśmy sobie
sami”.
Oj, to pogotowie w dzisiejszych czasach… Jak dobrze, że możemy
liczyć na Pana Boga!

Na drugi dzień pojechaliśmy do teściów na wieś. Wyszliśmy na
spacer z dziećmi, była ładna pogoda. Tymoteusz w wózku, Kuba
drepcze obok, idziemy w stronę lasku. Mówię do żony:
– „Wiesz, jak to dobrze, że Bóg jest blisko, jak to dobrze, że w każ-
dej chwili możemy się do Niego zwrócić, a on nas wysłuchuje. Jak
to wspaniale, że jesteśmy chronieni przez Pana!” Opowiedziałem jej
wczorajsze zdarzenie.

Gdy wracaliśmy i dochodziliśmy już do granic miejscowości,
zauważyliśmy trzy duże psy leżące przy drodze. Emilia stwierdziła,
że takich psów nigdy tu nie widziała. Wielokrotnie zastanawiałem
się, co by było, gdyby jakiś wielki pies się na nas rzucił. Przecież to
niemożliwe, by pokonać takie zwierzę. Pamiętam, jak pojechaliśmy
nie tak dawno do Poznania, mieszkaliśmy tam przez dwa dni na
kwaterach prywatnych. Gospodarz miał na podwórku dwa psy: am-
stafa i pitbula. Pewien mężczyzna wynajmował na potrzeby własnej
firmy pomieszczenia usytuowane w obrębie podwórka właściciela.
Przyjechał on do swojej pracy, ale gospodarza nie było. Przeskoczył
więc przez bramę, a wtedy te psy go dopadły… Dwadzieścia minut go
gryzły, zanim policja i pogotowie przyjechało. Emilia, mając świeżo
w pamięci te wydarzenia, na widok zwierząt leżących przy poboczu
powiedziała:
– Słuchaj, może zmieńmy drogę i pójdziemy inną?
– Chodźmy dalej, może te psy nie są groźne – odpowiedziałem.
Idąc dalej przypomniałem sobie pewną historię zapisaną w 17.
rozdziale I Księgi Samuela i ta historia dodała mi odwagi. Pewne-
go razu ojciec wysłał Dawida, aby odwiedził swoich braci w armii.
Gdy Dawid dotarł do obozowiska okazało się, że Król Saul ma duży
problem – jego wojsko miało walczyć z Filistynami, jednak już od
kilku dni nie mogli zacząć tej walki. Przyczyną był najpotężniejszy
z Filistynów, który wychodził i wyzywał na pojedynek najsilniejszego
z Izraelitów, a przy tym lżył Bogu Wszechmogącemu, mówiąc:
– Czy ty masz, królu, takiego chociaż jednego, który przyjdzie mnie
pokonać?
Saul i jego doradcy nie mieli pomysłu jak wybrnąć z sytuacji. Dawid
przyszedł do króla i powiedział:
– Królu, skoro nie możesz pójść do tego Filistyńczyka, to ja pójdę!
Saul wtedy odpowiedział:
– Nie, nie możesz pójść – odpowiedział król.
A w 34. wersecie Dawid tak przekonuje króla: „Królu, sługa twój
pasał owce ojca swego i bywało tak, że przyszedł lew albo niedź-
wiedź i porwał jagnię z trzody. Wtedy ja biegłem za nim, pokony-
wałem go i wyrywałem je z paszczy jego. A jeśli rzucił się na mnie
to chwytałem go za grzywę, tłukłem i zabijałem go”
. Dawid mógł,
to i ja mogę – pomyślałem. Złapię psa za „grzywę” – przecież Bóg
jest ze mną. Uderzę go dwa albo trzy razy i może się uda. Ale idąc
przypomniałem sobie, że Dawid przed walką z Goliatem nazbierał
kilka kamieni. Schyliłem się więc po te kamienie. Gdy zacząłem się
prostować, zauważyłem jak te trzy psy po zagonach uciekają aż się
kurzy za nimi! Zatrzymaliśmy się. Emilia spojrzała na mnie, a Kubuś
powiedział:
– „Nooo, tato, przestraszyły się ciebie!” Emilia wytłumaczyła nasze-
mu synkowi:
– „Kubusiu, pewnie tata znowu się pomodlił do Boga, a On go wy-
słuchał”.
Jak to wspaniale mieć takiego Boga, do którego można iść ze wszyst-
kimi modlitwami!

W Księdze Daniela (6,17) jest napisane, że pewnego razu Daniel
znalazł się w lwiej jamie, skazany za nieposłuszeństwo. Król nie chciał
go tak karać, jednak dworzanie na Króla nalegali. Władca był bardzo
rozżalony, że się tak stało. Następnie wstał o świcie i przyszedł do
lwiej jamy. Werset 20. opisuje sytuację następująco: „Król poszedł
śpiesznie, a gdy przybył do lwiej jamy zawołał smutnym głosem
na Daniela: Danielu, sługo Boga żywego, CZY TWÓJ BÓG, które-
mu nieustannie służysz mógł cię wybawić od lwów?”
Okazało się,
że Bóg wysłał aniołów, one powiązały lwom paszcze i dzięki temu
nic się Danielowi nie stało. Widząc ten ewidentny cud, Król wydał
dekret, że na całym obszarze jego królestwa wszyscy powinni bać się
Boga, któremu służy Daniel. Chociaż nikt się tego nie spodziewał,
Daniel mógł być wybawiony, ponieważ miał swojego Boga – takiego
Boga, którego i my mamy, do którego zawsze możemy się zwrócić,
a On nas wysłucha i spełni to, co dla nas dobre.

Mając 14 lat, jadąc na rowerze, przewróciłem się i złamałem
nogę w udzie. W szpitalu spędziłem miesiąc. Najpierw lekarze
próbowali wyleczyć nogę na wyciągu, ale się nie udało. Ból, który
przeszedłem, gdy transportowano mnie przez 40 km do radom-
skiego szpitala karetką marki duży fiat, był i tak mniejszy niż samo
mocowanie nogi na wyciągu. Lekarze najpierw przewiercili nogę
w kolanie wiertarką, a następnie wbili drut na wylot, zakrzywili i tak
nogę zawieszono. Po trzech tygodniach zdecydowali się jednak zro-
bić operację. Nogę składano wykorzystując śruby i płytki platyno-
we. Operacja trwała dwie godziny. Pamiętam, że jak wybudziłem się
z narkozy, miałem przyczepioną przy łóżku butlę z krwią. Podawali
mi krew, bo podczas operacji dużo jej straciłem. Wtedy cieszyłem
się, że dzisiaj nie ma dla medycyny rzeczy niemożliwych. Ale pech
chciał, że ta krew była zarażona – dwoma wirusami WZW – HBV
i HCV. O ile pierwszy jest jeszcze możliwy do wyleczenia, bo moż-
na zastosować interferon i prawdopodobieństwo sukcesu kuracji jest
bliskie 100%, o tyle w przypadku drugiego wirusa jest gorzej. Nie ma
ani skutecznego lekarstwa, ani skutecznej szczepionki, a sam interfe-
ron jest skuteczny tylko w 30%. Jeździłem co pewien czas do kliniki w
Warszawie na kontrole stanu wątroby. Lekarz mówił: „Są dwie nauki:
jedna proniemiecka, a druga pro – pozostało europejska. I ta pronie-
miecka mówi, że jeśli kładziemy na szalę możliwość wyzdrowienia,
a z drugiej strony patrzymy na skutki uboczne, które mogą powstać
przy leczeniu, to wynika z tego, że lepiej się nie leczyć. Tym bardziej,
jeśli organizm w miarę dobrze się zachowuje. Jeżeli jednak stadium
choroby jest takie, że nie ma wyjścia, to należy leczyć”. Gdy choroba
została zidentyfikowana, miałem piętnaście lat. Wtedy lekarze po-
stawili diagnozę: „Masz jeszcze piętnaście lat, a potem najprawdo-
podobniej rak lub marskość wątroby, czyli wątroba do przeszczepu”.
Dzisiaj mam trzydzieści dziewięć lat, nie byłem leczony i dobrze się
czuję, chwała Panu! Wierzę, że właśnie na chwałę Panu Bogu żyję, po
to, żebym mógł głosić Ewangelię – jak wielkie rzeczy Pan nam czyni,
świadczy o tym, że nie ma dla Boga rzeczy niemożliwych.

Na studiach systematycznie miałem robione diagnozy stanu wą-
troby. Chodziłem na badania bardzo często, czasem co dwa tygodnie.
Tam pobierali mi krew, sprawdzali czy wyniki są w normie. Idąc na
takie badanie, zawsze się modliłem. Całą drogę szedłem pieszo –
miałem 1,5 km od akademika do przychodni – i modliłem się za każ-
dym razem gorąco: „Panie, proszę Cię, żeby tylko wyniki były dobre”.
I były dobre – ja byłem chory, a wyniki były dobre! Więc lekarz mó-
wił: „Dobrze jest, na razie to zostawiamy”.

Potem skierowano mnie do kliniki w Warszawie na biopsję.
Wbito mi długą, grubą igłę w wątrobę, pobrano próbkę tkanki
i sprawdzono, czy choroba postępuje. Pamiętam jak chodziłem do
kaplicy szpitalnej. Siadałem z boku i patrzyłem się w wielki obraz
Marji. Myślałem wtedy tak: „Jeżeli chcę coś załatwić na uczelni, to
na przykład idę do fundacji uniwersyteckiej, udaję się do prezesa
i wiem, że jeśli do niego dotrę, to załatwię wszystko, a jeśli się za-
trzymam na sekretarce, to nie ma mowy, żebym coś wskórał”. Dlate-
go postanowiłem sobie wtedy, że nie będę modlił się do Boga przez
pośredników (poza Jezusem). „Boże, dla Ciebie nie ma rzeczy nie-
możliwych” – modliłem się gorąco o zdrowie bezpośrednio do Boga.
Wtedy w szpitalu okazało się, że mam minimalne zapalenie wątroby.
Pomyślałem więc, że nie jest źle. Tak zostało do dzisiaj. Chodzę, pra-
cuję, ewangelizuję, cały czas czując się dobrze. Gdy dwa lata temu
byłem ostatnio na badaniach, lekarz powiedział:
– Minęło co prawda siedemnaście lat, ale widać, że choroba jeszcze
nie dała się Panu we znaki.
– Samemu to raczej nic się nie uda – odpowiadam.

Obecnie czekam na przyjęcie do szpitala w celu kolejnej biopsji.
Wierzę, że skoro jeszcze żyję i jestem zdrowy, a wyniki badań wy-
chodzą dobrze, to jest to cud (na dzień wydrukowania książki,
w związku z walką z wirusem HCV został wynaleziony lek o nazwie
Harvoni, który bez skutków ubocznych eliminuje wirusa po trzy miesięcznej kuracji.
Na lek czekałem 25 lat. Obecnie czekam na rozpoczęcie terapii.
Niech Bogu będą dzięki za wysłuchane prośby)
.
Nie ma innej możliwości. Wierzę, że
Bóg podtrzymuje mój organizm w dobrej kondycji. Wierzę, że jeżeli
On jest naszym Ojcem, a my zwracamy się do Niego, to On może
wysłuchać nas w bardzo różnych sytuacjach. Tylko próbujmy, nie
bójmy się, módlmy się! On jest Bogiem Wszechmogącym! Dlatego
chciałbym zawsze „… mieszkać w Twoim przybytku, uciekać pod
cień Twoich skrzydeł, bo Ty o, Boże, wysłuchujesz mych ślubów
i wypełniasz życzenia tych, którzy boją Twojego imienia”
(Ps. 61,5-7).

Zachęcam do zakupu książki…
wiz

Cena książki – w jednym egzemplarzu – 35 zł tutaj kupisz książkę

Książka w celach ewangelizacyjnych: 20 sztuk – 120 zł

Wojciech Orzechowski